Infinity War jest najlepszym filmem w historii MCU.

Zdaję sobie sprawę, że takim clickbaitowym tytułem zwabiłem do siebie wiele osób, które za punkt honoru wezmą sobie wybicie mi z głowy takich tez, ale mimo wszystko spróbuję ją obronić. Tak, uważam, że Infinity War jest najlepszym filmem w hisotrii MCU. Tylko, że nie do końca jest filmem.

Czym tak właściwie są nowi Avengersi?

Cały problem polega na tym, że Infinity War nie jest zwykłym filmem. Tutaj nie ma miejsca na klasyczny podział – wstęp, rozwinięcie, zakończenie. Tak naprawdę ten projekt jest dokładnie tym, czym podobne projekty były w komiksach – jednym wielkim wydarzeniem, w którym biorą udział postaci z wielu innych historii. Avengers Infinity War to nawet nie zwieńczenie 10 lat Marvel Cinematic Universe. To zaledwie połowa tego zwieńczenia.

Dlatego jeśli idąc na seans spodziewacie się czegokolwiek innego, zawiedziecie się. Nowi Avengersi to największe tego typu wydarzenie w historii, ale nic z niego nie wyniesiecie, jeśli nie widzieliście wcześniejszych części. Mało tego, nie poznacie nawet zakończenia tej historii, bo film wyraźnie urywa się bez zakończenia, którego normalnie oczekiwalibyśmy, jedynie sceną po napisach końcowych sugerując, że coś jeszcze powstanie.

Nie ma czasu na normalny film. Nie ma nawet czasu na odpowiedni rozmiar stroju dla Black Panthera.

Tak jak nie oczekujemy od horroru elementów komediowych, jak od komedii romantycznej nie oczekujemy mistrzowskiej intrygi, tak od Infinity War nie należy oczekiwać, że będzie skonstruowany jak normalny film. Ten film musiał pomieścić bohaterów z 18 innych filmów z ostatniej dekady, więc siłą rzeczy nie może być skonstruowany tak samo. Okej, ale po kolei.

Po gębie już na starcie

Już od pierwszej minuty filmu dostajemy po gębie od Thanosa. Wydawało ci się, że Loki był kiedyś potężny? A może Thor miał jakieś nadludzkie moce? Czy najpotężniejszym z Avengersów jest Hulk? Nic z tych rzeczy. Wszyscy wymienieni przeze przeze mnie bohaterzy dostają, pardon my french, sromotny wpierdol już w pierwszych minutach filmu.

No podrap mnie, no tu, za uszkiem. O tak, jeszcze trochę, jeszcze chwilę…

Głowa Thora mieści się w dłoni Thanosa, Loki ginie nawet nie drasnąwszy mosznobrodego a Hulk dostaje taki łomot, że do końca filmu robi w majtki i ani myśli wychodzić z Bannera. Pierwsza scena i od razu wiemy kto tu rządzi i czujemy, że nasi bohaterowie jeszcze nie mierzyli się z takim przeciwnikiem.

A to dopiero początek, bo Thanos nie ma jeszcze nawet połowy kamieni.

W drugiej scenie oklep od przydupasa Thanosa dostają Iron Man, Spider-Man, Wong i Dr Strange a ten ostatni kończy będąc torturowanym i choć nikt tutaj nie ginie a bohaterowie ostatecznie się rewanżują, ale mimo wszystko dopiero po zebraniu bęcek.

W ten sposób od razu wiemy, że śmierć w tym filmie będzie dużo bardziej poważna niż do tej pory. Loki już nie wróci. Heimdal już nie wróci. Jest poważnie. Niech DC patrzy i się uczy, bo gdy próbowali robić poważne filmy, to ostatnio nie wyszło im to najlepiej. Marvel jest znany z tego, że w jego filmach jest sporo humoru i śmieszkowania a żarty są na zawsze wpisane w te produkcje. W nowych Avengersach dowcipnych scen nie brakuje, jednak nie jest to wesoły film. To film na poważnie bo z tak poważnym zagrożeniem bohaterowie jeszcze się nie mierzyli.

Kapitan Ameryka siłuje się na rękę z Thanosem. Niezbyt długo.

Idealna równowaga

Wspominałem już o tym przy okazji bezspoilerowej recenzji, ale teraz powtórzę, że w Infinity War mamy zachowaną idealną równowagę na ekranie. Bohaterowie zostali odpowiednio podzieleni a scenerie różnią się od siebie na tyle, że nie sposób się zacząć nudzić. Skaczemy pomiędzy Wakandyjską dżunglą, wielkomiejskim klimatem Nowego Jorku a statkami kosmicznymi czy nawet inną planetą.

Co jeszcze ciekawsze, pomimo faktu, że w jednym filmie mieszamy mitologię nordycką, afrykańskie plemiona z dzidami, bardzo zaawansowaną technologię, podróże kosmiczne, kosmitów, gadające drzewa, szopy i magię to wszystko ze sobą współgra i wszystko ma tutaj – w ramach tego uniwersum – sens.

Kto ma większEGO?

Przejścia pomiędzy sceneriami są w dobrych momentach, towarzyszy im specyficzna i dobra muzyka a sam film wciska widza w fotel już od pierwszej sceny i nie odpuszcza do samego końca, a jeśli tylko na momencik zwalnia to tylko po to, byśmy mogli zaczerpnąć nieco powietrza. Nie ma tu miejsca na nudę i nie ma czasu na budowanie poszczególnych bohaterów – od początku gnamy cały czas do przodu. To dobrze, bo dokładnie tego oczekiwałem od Avengersów.

Co nie zagrało

Jeśli pominiemy wady filmu wynikające z jego charakteru, to naprawdę ciężko jest się do czegokolwiek przyczepić. Ktoś mógłby narzekać, że mało tu bohaterów, ale to przecież jest film o Thanosie. Były również głosy, że film był promowany tak, jakbyśmy mieli w nim obejrzeć jakieś rozstrzygnięcia, podczas gdy tak naprawdę, po seansie jesteśmy zaledwie w połowie drogi. Rzecz w tym, że o tym również było wiadomo przed seansem – data premiery czwartych Avengersów była ustalona już dawno.

Tak na gorąco, tuż po seansie trochę zgrzytała mi scena gdy Peter Quill zniweczył całe wysiłki na Tytanie i tuż przed zdjęciem rękawicy Thanowsowi zaczął go pod wpływem emocji okładać pięściami, co spowodowało jego uwolnienie się i w efekcie porażkę bohaterów. Ale gdy już emocje po seansie opadły i zastanowiłem się nad tym na chłodno, to jego zachowanie nie tylko wpasowuje się całkowicie w jego charakter, ale też sam fakt, że jako osoba, która nie miała nigdy rodziny, traci tą najważniejszą dla siebie, emocje mają prawo wziąć górę.

Rodzinka.pl. A potem *pufff* i nie ma.

Takim faktycznie dziwnym zachowaniem był dla mnie śmiech Gamorry, gdy Thanos usłyszał od Red Skulla o konieczności poświęcenia czegoś, co się kocha by dostać w zamian Kamień Dusz. Jej śmiech wydał mi się bardzo nienaturalny i zupełnie nie na miejscu, bo w to, że Thanos kochał swoją córkę nie wątpiłem ani chwili, choć oczywiście była to miłość bardzo patologiczna. Myślę, że w swoim zdziwieniu nie byłem osamotniony.

Thanos postacią tragiczną?

Bardzo dobrym ruchem ze strony reżyserów okazało się skupienie w tym filmie na samym złoczyńcy, zamiast na dziesiątkach bohaterów. Avengersów i ich towarzyszy było zwyczajnie zbyt wielu, by dobrze ich pokazać jednocześnie nie zaniedbując nikogo, podczas gdy Thanos był tak naprawdę tylko jeden. Oczywiście, towarzyszyło mu kilku przydupasów, ale w filmie byli tylko tłem dla fantastycznej roli Brolina.

Dostaliśmy bowiem postać, która choć z pewnością była szalona, to jednocześnie była całkowicie logiczna. Jej motywacje były jasne i zrozumiałe i choć możemy (a nawet powinniśmy) się ze sposobem rozwiązania problemu nie zgadzać, to nie sposób zauważyć w nim logiki.

Ebony Maw to też fajna postać. Szkoda, że został pokonany przez Ellen Ripley.

Mało tego, widzimy też, że samemu Thanosowi nie zależy na samej władzy, ani nie jest on bezinteresownie okrutny. Jedyne chwile, w których stosuje przemoc, to gdy ktoś stoi mu na drodze do celu, który sobie obrał, a który, gdyby nie patrzeć na użyte środki, jest ostatecznie szlachetny. Przetrwanie wszechświata to coś, na czym powinno nam zależeć, prawda?

To rzadkość w filmach o superbohaterach. Zwykle mamy do czynienia z posępnymi postaciami, które chcą władać światem, albo go dla rozrywki lub z zemsty zniszczyć.

Do tego obserwujemy również konieczność poświęceń głównego złoczyńcy, który dla osiągnięcia swojego celu, musi zabić swoją ukochaną córkę. I choć może ta relacja nie została zbudowana równie mocno co relacje pomiędzy innymi bohaterami i nie zdążyła wybrzmieć, bo to w końcu pierwszy film o Thanosie, to jednak oglądając film rozumiemy, że to dla naszego antagonisty ogromne poświecenie, a on sam zakrawa momentami na postać tragiczną.

Thanos, biegniemy ci wpierdolić! Tylko, że nie, bo nie było tej sceny w filmie.

Nie dało się tego zrobić lepiej

Jestem absolutnie przekonany, że nie dało się zrobić lepiej tego filmu. Oczekiwania wobec niego były tak ogromne i tak wiele elementów układanki mogło się nie udać, a reżyserom wyszło wszystko. Oczywiście, można Infinity War zarzucać niedociągnięcia, ale niemal wszystkie one wynikają z tego jak skomplikowany to był projekt. Dla mnie osobiście był to najlepszy film w kinowym uniwersum Marvela, bo uwielbiam takie epickie historie i nie przeszkadzał mi fakt, że aby w pełni docenić ten film potrzebowałem obejrzeć wszystkie 18 poprzednich filmów. Ze scenami po napisach włącznie.

A gdy podczas seansu masz ciarki, czujesz emocje i wzruszasz się, to znaczy, że zrobili to dobrze.

Cholernie dobrze.